Korona Gór Polski – Lubomir, Turbacz, Mogielica

Korona Gór Polski – Lubomir, Turbacz, Mogielica

30 stycznia 2020 0 By Wild on bike

Korona gór Polski to zbiór 28 szczytów. Lubomir, Turbacz i Mogielica to kolejne cele znajdujących się na liście Grzegorza. Poznaliście go na moim pierwszym bikepackingowym wyjeździe. O tripie przeczytasz tutaj: Jelenia na około – Śnieżka, Kaczawskie, Izery

Nie zastanawiając się zbyt długo, postanowiłem mu towarzyszyć w zdobyciu kolejnych wierzchołków, gdy tylko zaproponował mi wspólny wyjazd. On nie lubi prostych wyzwań, dlatego postanowił zdobyć wszystkie szczyty rowerem.
W chwili kiedy piszę ten post do zrealizowania celu pozostały mu Rysy.

Korona Gór Polski - Lubomir

Naszą weekendową wyrypę zaczynamy z Kasiny Wielkiej. Chwilę nam zajęło znalezienie dogodnego miejsca, aby zostawić samochód. Dworzec PKP wydawał się najlepszym miejscem, a w dodatku znajdował się tuż obok bike parku. Około godziny 21 ruszyliśmy na pierwszy szczyt. 
Lubomir jest to najwyższy szczyt pasma Beskidu Wyspowego. Mierzy on 904 m. Jego główną atrakcją jest obserwatorium astronomiczne im. Tadeusza Banachiewicza i można do niego zaglądać w weekendy. Zwiedzanie odbywa się w grupach co godzinę, między 11:00-16:00 a wszelkie zmiany w grafiku znajdziemy na stronie obserwatorium.

Pierwsze kilometry dały znak naszym mięśniom, że łatwo nie będzie. Góry to góry, nie znają litości. Grzegorz wyznaczył trasę na komputerze, więc nie wiedzieliśmy jak dokładnie będą wyglądać szlaki rowerowe i piesze.

Piewsze odbicie z asfaltu i od razu wypychamy rowery, by po kilku metrach szarpania się z nimi usłyszeć bardzo niemiły dźwięk tłukącej się butelki z piwem. Na szczęście mamy jeszcze nalewkę domowej produkcji i drugą butelkę ze złotym trunkiem. Postanawiamy zmienić trasę. Wracamy do asfaltu i omijamy dwa mało znaczące szczyty. Zjeżdżamy 5 kilometrów, a następnie w Węglarzówce skręcamy w lewo. Tracimy przy tym sporo wysokości. Mimo ułatwienia musimy ją odrobić i wrócić na trasę. Zjazd był szybki, a trzy kilometrowa wspinaczka powolna. Jednak to nie pierwszy podjazd, jaki przygotował nam Grzegorz.

Na szczęście odbijamy z asfaltu i wracamy na nasz szlak, aby znowu ujrzeć ubitą i twardą nawierzchnię. Naprawdę lubię podjeżdżać, ale asfalt na fulu to jednak jest nudny. Przed nami kolejne 3 kilometry podjazdu i 400 metrów w górę. Niby nic, lecz miejscami pojawiło się magiczne 20%. Droga na górę zajęła nam około 50 minut.

Lubomir - Podejście
Parametry ścianki
Lubomir

Nocleg na szczycie

Po wjechaniu na górę strumienie światła z naszych lampek od razu oświetliły ściany obserwatorium, które zrobiło na nas wrażenie. Obaj z Grzegorzem jesteśmy posiadaczami lampek marki Mactronic. On używa nieprodukowanego już modelu noise 02. Ja natomiast nabyłem w zaprzyjaźnionym sklepie Gilicki Bike model XTR 03. Więcej o lampce znajdziesz w dziale testownia.

Obserwatorium Astronomiczne - Lubomir

Po prawej stronie znaleźliśmy miejsce na rozpalenie ogniska i nocleg. Nie mieliśmy nic do zjedzenia na ciepło, więc przygotowaliśmy miejsce do spania. Przed obserwatorium znajdowały się dwie ławki z zadaszeniem. Grzegorz wybrał spanie w bivy bagu na jednej z nich, by nie spać na ziemi.

Co to jest Bivy bag?

Dorota na swoim blogu mambaonbike.pl piszę tak…
“Biwakować można na wiele różnych sposobów. Nocleg w terenie to zawsze pewnego rodzaju przygoda. Szukając rozwiązania, najbardziej pasującego mi do rowerowych włóczęg, natknęłam się na system wykorzystujący bivy bag w połączeniu ze śpiworem i tarpem. Od razu pomyślałam, że to coś dla mnie.”

Bivy Bag
Miejsce do spania

Ja wybrałem hamak. Spośród wielu marek zdecydowałem się zaufać firmie Bushmen. Jest to polski przedsiębiorca (co przeważyło o decyzji) zajmujący się produkcją narzędzi i akcesoriów biwakowych. Opcji jest kilka, lecz wybrałem model jungle w kolorze camo (teraz taki modny 😉 ) Hamak waży 330 g i mogę do niego dokupić doczepianą moskitierę. W połączeniu z moim śpiworem uzyskałem dość lekki zestaw. Śpiwór forclaz 500 ligth zakupiłem w Decathlonie. Nie jestem zmarzluchem, więc wybrałem model z temperaturą komfortu w wysokości 15°. Rozmiar L waży około 680 g.

Rozstaw belek pod zadaszeniem nie był idealny. Hamak był lekko zgięty, przez co w nocy zsuwałem się do jego środka, a moje stopy znajdowały się wyżej niż głowa. Mimo to rano czułem się wypoczęty. Tej nocy wiatr dał o sobie znać i strasznie hulał po koronach drzew. Całą noc z Grzegorzem mieliśmy wrażenie, że pada deszcz. Ponieważ spałem w hamaku, nad ranem (około 4:30) obudziły mnie pierwsze promienie słońca. Widok był cudny.

Wschód słońca

Poranek i pakowanie

Po porannej toalecie i pożywnym śniadaniu spakowaliśmy wszystkie graty w torebki i ruszyliśmy dalej. Jeżeli obserwujesz mój profil na instagramie, to już wiesz, jakiej torby do bikepackingu używam. Jeżeli nie to podpowiem. Jest to polska manufaktura Triglav.  Więcej o niej przeczytasz w zakładce testownia.

Po raz drugi Polska marka, lecz tym razem ze Szczecina. Nie, nazwa nie pochodzi od najwyższego szczytu w Słowenii, ani Alpejskiego szczytu, lecz od pogańskiego bożka tamtejszego rejonu. Ponieważ wyjazd był weekendowy zabrałem tylko podsiodłówkę o pojemności 12 litrów oraz 3 litrowy plecak firmy camelbak. Do hamstera spakowałem śpiwór, hamak, długie spodnie, kurtkę, multitool, krzesiwo oraz nożyk. Poranek wydawał mi się rześki, więc ubrałem termo bluzę i koszulkę techniczną. Te produkty również są polskiej produkcji.

Triglav i Camelback

No to w drogę

Z Lubomira ruszyliśmy czerwonym szlakiem na Trzy Kopce. W jego połowie planowaliśmy skręcić i zjechać do żółtego szlaku. Jednak jak wiemy, kreślenie tras na komputerze często nie ma nic wspólnego ze szlakami zastanymi w danym miejscu. Trzymając się śladu zjechaliśmy mega kamienistą drogą co wywołało niezadowolenie na twarzy Grzegorza. Ja miałem trochę więcej frajdy. Powiedziałbym nawet, że ten zjazd był fajny, ale wtedy mój kompan mógłby wziąć mnie za “czubka” 😉 Przez Leśniaki, Chałupniki i Kocury zjechaliśmy do miejscowości Węgierskie. Ślad kierował nas do głównej drogi, aby w Mszanie Dolnej odbić na Turbacz. Wybraliśmy szutrową drogę wzdłóż rzeki Porębianka, która swoim nurtem zaprowadziła nas i nasze rowery do Niedźwiedzia (taka miejscowość 😉 ). Od Mszany Dolnej droga nieprzerwanie pięła się w górę.

W miejscowości Morgi naszą uwagę przykół Wiąz Łokietka. Tuż za nim, obok głównej drogi zauważyliśmy przepiękny dworek z ogromnym parkiem, więc postanowiłem do niego zajrzeć. Znajdował się w nim amfiteatr oraz sporych rozmiarów drzewa, które rzucały cień na ścieżki wokół nich. Chwilę przycupnęliśmy na jednej z ławek, aby się ochłodzić. Ten dzień był upalny z powodu zbliżającej się burzy. To z jej powodu dwóch kolegów z nami nie pojechało. Jednak z Grzegorzem cały czas wierzyliśmy w to, że cudownym sposobem ten deszcz nas ominie.

Mapa
Garmin etrex35
Pomnik przyrody

W drodze na Turbacz

Zatrzymaliśmy się w sklepie, by uzupełnić zapasy przed trasą na Turbacz (więcej info pod linkiem). Za chwilę mieliśmy przekroczyć granicę Gorczańskiego Parku Narodowego. Jest to drugie z trzech pasm górskich w ciągu jednego wyjazdu, jakie mamy do zdobycia. Pierwszym był Beskid Wyspowy, którego najwyższym szczytem jest Lubomir. Była to niedziela niehandlowa i liczba czynnych sklepów była mocno ograniczona. Szybki łyk zimnej coli i w drogę. Od samego początku szutrowy podjazd był dość stromy. Gęsto rosnące drzewa dawały przyjemny cień, przez co podjeżdżało się przyjemniej.

Cztery kilometry podjazdu zakończyliśmy tuż obok szczytu Tobołczyk (969 m). Wyjeżdżając na otwarty grzbiet Gorców, poczuliśmy palące słońce, które dominowało na błękitnym niebie. Nie było gdzie się przed nim uchronić a czekała nas wspinaczka zielonym szlakiem na Turbacz. Minęliśmy szczyt Suhora (1000 m) i na 54 km postanowiliśmy skrócić trasę. Czekała nas wspinaczka o długości 600 m i 120 m w pionie po stromych schodach na Obidiowiec (1106 m) Ten odcinek zajął nam 25 minut i nie było łatwo. Wyrazy twarzy mijanych turystów były tego świetnym dowodem. Dotarliśmy na czerwony szlak, który zaprowadzi nas na kolejny szczyty Korony Gór Polskich. Spotkaliśmy wiele powalonych drzew, które skutecznie spowolniły nasze tempo. Przyczyniły się do tego również spore kałuże oraz gliniaste podłoże. Ostatnie metry na Turbacz pokonaliśmy, wpychając i prowadząc rowery. Jazdę na nich uniemożliwiały nam zamontowane poprzecznie deski. Uniemożliwiały one osuwanie się terenu.

Droga na Turbacz

Korona Gór Polski - Turbacz

Widok z 1300 m był przepiękny. Od południa oczarowały nas Tatry. Mimo sporej odległości ich wielkość nadal zaskakiwała. Podążając wzrokiem po ich grzbiecie na zachód, naszym oczom ukazała się potężna burza. Bezszelestnie towarzyszyła nam cały czas za plecami, aż od doliny. Grzbiety Gorców skutecznie ją zasłoniły, dając nadzieję, że zmieni swój kierunek na zachód. Nie chcieliśmy jej wchodzi w drogę, lecz nasilający się wiatr nie dawał złudzeń. Obecni na szczycie turyści zrobili nam wspólne zdjęcie. Było ono dowodem zdobycia kolejnego szczytu korony gór polskich. Zjazd do schroniska zajął zaledwie kilka chwil. Postanowiliśmy zjeść konkretny obiad i napić się piwa. Nim zdążyliśmy złożyć zamówienie, niebiosa się otworzyły. Upolowaliśmy ostatnią wolną ławkę i otworzyliśmy złoty trunek. Odbijające się krople wody skutecznie zagłuszały rozmawiających obok nas turystów. Byliśmy tak głodni, że nie mieliśmy czasu delektować się pysznym posiłkiem. Dopiliśmy Turbaczowe piwo uwarzone przez pobliski browar i podjęliśmy decyzję o kontynuowaniu jazdy.

Jak już wspominałem na początku z Grzegorzem nigdy nie ma lekko. Nie ważne czy leje, czy nie masz już sił. Trzeba jechać i realizować cel. Deszcz zelżał więc ruszyliśmy na następne pasmo górskie i kolejny szczyt.

Widok z góry Turbacz
Szczyt Turbacz
piwo Turbacz

O piwie

Jak by ktoś pomyślał, że piwko jest produkowane na miejscu, to już wyprowadzam z błędu. Piwo zostało uwarzone w pobliskiej miejscowości Limanowa przez firmę Browars. Mnie osobiście nie porwało, ale może komuś innemu podbije kubki smakowe. Ogólnie do obiadu jak znalazł i dobrze, że to nie Lech lub Jako.

Burza
Widok na Kiczore

W drodze na Mogielice

Ostatnim celem tego wyjazdu była Mogielica. Najbardziej oczywistą drogą był zielony szlak przez Jaworzynę, Średniak, Przysłop i Gorc. Dalej niebieskim do Nowej Polany przez Szczawę i znów niebieskim na szczyt Mogielicy. Jednak Grzegorz wybrał inną drogę z powodu ograniczenia czasu. Tego dnia czekała nas jeszcze długa droga powrotna samochodem (około 300 km) do Ostrowa Wielkopolskiego. Więc czym prędzej ruszyliśmy ze schroniska czerwonym szlakiem w kierunku Trzech Kopcy. Przejeżdżając Halę Długą, bacznie obserwowaliśmy kierunek burzy. Znajdowała się po naszej lewej stronie i kierowała ku dolinie. Przekonując się wzajemnie, uznaliśmy, że możemy już o niej zapomnieć. Wystarczyło jednak kilka kilometrów, aby natura nas wyprowadziła z błędu. Przed Jaworzyną na Przełęczy pod Przysłopem burza zaatakowała po raz drugi. Deszcz nasilił się tak bardzo, że o dalszej jeździe nie było nawet mowy. Grzmoty i wyładowania rozgrywały koncert na Gorcach, a my byliśmy jedynymi słuchaczami na sali.

Kapliczka

Odczekaliśmy 30 minut, lecz pogoda nie zamierzała się poprawić. Deszcz lał nieustannie, więc postanowiliśmy jechać dalej. Przecież to tylko woda. Wtedy myśleliśmy tylko o zrealizowaniu celu i dotarciu jak najszybciej do samochodu. Po powrocie do domu dotarło do nas, jak bardzo nieodpowiedzialna była to decyzja. Z polany zjechaliśmy na szutrową drogę, która szła równolegle do zielonego szlaku. Jadąc nią, straciliśmy 550 m wysokości, aby dotrzeć do asfaltu i nadrobić czas. Jadąc nim dalej, wysokość stopniała o kolejne 100 m. Pokonanie 17 km zajęło nam 30 minut. Całkiem nieźle biorąc pod uwagę, że droga, którą zjeżdżaliśmy “płynęła” razem z nami.

Korona Gór Polski - Mogielica

“Tutaj, w lewo” – krzyknął radośnie Grzegorz i utwierdził mnie, że jesteśmy na ostatnim odcinku na szczyt. Wjechaliśmy na niebieskie szlak gdzie czekała nas mozolna wspinaczka na największy szczyt Beskidu Wyspowego. W tamtej chwili nie mieliśmy pojęcia, co nas jeszcze czeka. Nasze morale gwałtownie wzrosło, gdy po 3 godzinach burza i deszcz ustały, a my byliśmy już na ostatnim odcinku na szczyt. 2/3 podjazdu poszło dość gładko i dotarliśmy na Polanę Stumorgową. Widok był przepiękny. Gra kolorów roślinności oraz gęsta mgła nadały miejscu niesamowity klimat. Radość jednak trwała bardzo krótko. W momencie gdy, mgła się podniosła, ujrzeliśmy górę oraz drogę, która prowadziła na jej szczyt. Podejście było bardzo strome i pokryte mnóstwem luźnych kamieni. Stromizna wahała się miedzy 25-30%. Zadanie nie było łatwe, ale sprostaliśmy mu, wypychając rowery.

Widok z Mogielicy
Widok z Mogielicy
Widok na polanę Stumorgową

Droga ze schroniska pod Turbaczem na Mogielicę zajęła nam niecałe 4 godziny. Zdobywając Mogielicę (1170 m), zaliczyliśmy kolejny szczyt Korony Gór Polski. To już 22 szczyty zdobyte przez Grzegorza. Mój wynik opiewa na skromne 11 wierzchołków, ale jestem dumny, że dotrzymałem kroku takiemu weteranowi przygód górskich i ultra maratonów rowerowych.

Jednak to nie koniec naszej wycieczki. Przed nami 20-kilometrowy odcinek drogi, aby dostać się do samochodu, który czekał na nas przy bikeparku w Kasinie Wielkiej. Zjazd z Mogielicy minął błyskawicznie. Mimo tego pięknych widoków nie było końca. Uśmiechnięci pokonywaliśmy ostatnie kilometry trasy, która prowadziła do samochodu. Jeszcze ostatni podjazd do parkingu. Przypomnieliśmy sobie, że był dość stromy. 105 km w nogach, ale walczyliśmy dzielnie, jakbyśmy zdobywali pierwszy podjazd. Ociężale i mozolnie, lecz nadal z pasją. Uradowani, że udało nam się pokonać tak wymagającą trasę, udaliśmy się w drogę powrotną do domu.

Mogielica Zdobyta
Zjazd do Chyszówki
Piękny widok

Ślad gpx z wyjazdu

Majówka - Widok z Krzyżnika

Majówka, to odwieczny dylemat gdzie się udać by dobrze ją wykorzystać. Wielu z was od razu za cel obrało zagraniczne miejscówki rowerowe w kierunku Włoch, Szwajcarii czy też Austrii. Jednak polskie góry to setki wypasonych miejscówek, dlatego postanowiłem odwiedzić je poraz polejny.

Widok na Dziczy Grzbiet (prawdopodobnie)

Wstać do roboty o 4:30? Noł łej, ale na wyjazd z rowerem noł problemos amigos. Szybkie śniadanie, kawa i 5:30 ruszamy z ekipą w stronę Kłodzka. Grzesiu (rok temu zorganizował objazd Jeleniej Góry na około) postanowił zdobyć kolejne 3 szczyty do Korony Gór, więc z Arkiem się podczepiliśmy. Samochód postanowiliśmy zostawić w Kłodzku.

Ogród

Ski & Bike House położony jest w malowniczym regionie powiatu Kłodzkiego w miejscowości Stronie Śląskie, na pograniczu polsko-czeskim. Obiekt czynny jest cały rok. W zależności od pory roku do dyspozycji gości ziemia Kłodzka oferuje różnego rodzaju atrakcje. Latem możemy wybrać się na podliskie ścieżki rowerowe, natomiast zimą czekają na nas trasy przygotowane pod narty biegowe.