Jelenia na około – Śnieżka, Kaczawskie, Izery

Jelenia na około – Śnieżka, Kaczawskie, Izery

4 stycznia 2018 2 By Wild on bike

Dzień pierwszy

Kolega Grzegorz pewnego razu zaproponował wspólny wyjazd z jego ekipą, aby powspinać się rowerami po górach. Trochę po naszych i trochę u sąsiadów z południa. Celem było objechanie Jeleniej Góry na około. Chłopaki szykowali się we wrześniu na tę trasę, ale żebro Grzegorza skapitulowało po upadku i musieli przełożyć wyjazd. Dzięki losowi udało mi się zabrać z nimi 14-15 października. Pogoda miała być idealna, ale o niej trochę później. W czteroosobowym składzie ( Grzegorz Leśniak Mateusz Woźniak Paweł Kraczmar oraz Mariusz Wojtuń) wybraliśmy się na zaplanowany wyjazd.
     Zbiórka godz. 3:30 . Trzeba wjechać po Mariusza do Grabowa i Pawła do Wrocka. Tak wczesna godzina była także podyktowana chęcią wjazdu na Śnieżkę przed strażnikami, bo jak wiadomo jest ogólny zakaz jazdy rowerem po tych terenach. Zajechaliśmy do Karpacza około ósmej, więc mieliśmy już godzinną obsuwę. 8:30 byliśmy gotowi do jazdy. Nie to żebyśmy się tak długo ubierali i szykowali jak na wieczorne tańce, ale Mariusz sobie przypomniał że nie zmienił klocków przed wyjazdem, więc szybko złapałem odpowiednie narzędzia i do dzieła. Kilka minut i zrobione, można ruszać. Multitool zakupony w D5 przydał się idealnie. Mały i poręczny mini multitool z 11 funkcjami marki Pro zmieści się do kieszeni lub małej torebki podsiodłowej.
     Pierwsze 500 m dystansu na Śnieżkę poszło bez problemów. Zaczęliśmy zdejmować kolejne warstwy ubrań. Termometr przy samochodzie pokazywał 5 stopni, lecz na podjeździe każdy się zagotował. Mariusz z Pawłem trochę mi i Grzesiowi odskoczyli, ale jechaliśmy równym tempem. Nagle słychać samochód. Zbliża się coraz bardziej, ale my twardo walczymy z brukiem i stromym nachyleniem, które wahało się między 7-16%. Samochód przystaje, a my dalej kręcimy. Kiedy to po raz drugi się przy nas zatrzymał, spojrzeliśmy na kierowcę. a to strażniczka leśna. Chwila rozmowy i dostaliśmy nakaz prowadzenia rowerów. Sympatyczna pani leśnik odjechała, a my pchamy rowery z wypchanymi torbami i plecakami. Chwilę później dzwonimy do chłopaków, ale i oni zmuszeni byli pchać rowery gdyż mandat może być bardzo surowy. Z tego co się orientuję to 500 zł lub wyższy. Podjazd jednak był tak ciekawy, że nie mieliśmy ochoty pchać rowerów. Chwila zastanowienia. Grzegorz wykręcił numer do chłopaków, aby dali znać gdy strażniczka będzie wracać abyśmy byli czujni.

Każde nadjeżdżające auto budziło w nas lęk przed mandatem i szybko zeskakiwaliśmy z rowerów, a mieliśmy co robić, bo z zaopatrzeniem jechali, a to wwozili jakiś element wyciągu i tak kilka razy. Niczym na jakiś zawodach przełajowych. Wdrapaliśmy się do domu Śląskiego (Schronisko u stóp Śnieżki) Widoki zapierały dech w piersiach,  a powietrze było rześkie i świeże. Strzeliliśmy sobie kilka fotek i zapytałem Grzesia „jak stoimy z planem wysokościowym” (nigdy nie jeździłem w takich wysokich górach). Plan dwudniowy opiewał na 2600 m w górę i około 170 km. Nawigator uświadomił mnie, że mamy do wjechania 200 m, a już zrobiliśmy 610 m w górę. Dotarło do mnie, że już pierwszego dnia przekroczymy granicę 2000 m i to sporo, bo do wjechania jeszcze mamy jeden szczyt u sąsiadów i Wielką Kopę.

Jelenia Góra
Jelenia Góra
Zebraliśmy siły i zaczęliśmy wdrapywać się na Śnieżkę. Z początku niby spokojnie i w miarę szybko pokonywaliśmy metry, a duet Mariusz i Paweł nie mogli tym razem nas zgubić. Mijają kolejne metry. Wysunąłem się na prowadzenie grupy i swoim tempem postanowiłem zdobyć szczyt. Po drodze wymijałem wiele osób pełnych podziwu, że jadę z taką łatwością po kamienistej kostce i lekkim zdziwieniem, że jednak mijają ich jacyś rowerzyści mimo zakazu. Wyjechałem zza zakrętu na ostatnią prostą, a tutaj jak dmuchnął wiatr to prawie zatrzymałem się w miejscu. Chęć zdobycia szczytu bez postoju była większa i walczyłem z tym nieubłaganym żywiołem.
Jelenia Góra

Jest! Udało się! Zdobyłem Śnieżkę! Czas może nie był rewelacyjny jak chłopaków z ERKA Team MTB , którzy to wręcz ścigali się na zorganizowanych zawodach kilka tygodni wcześniej, ale ważne że mi się udało. 1603 m n.p.m. Po kilku chwilach dojechali do mnie chłopaki. Zrobiliśmy kilka zdjęć, kto potrzebował to meldował o wyczynie telefonicznie, a Grzegorz poszedł załatwić sobie pieczątkę, bo walczy o zdobycie korony gór. I to rowerem! (Szacun wielki dla niego) Zjazd był już o wiele łatwiejszy. Naturalnie uważaliśmy na turystów. W końcu to my byliśmy tam nielegalnie, więc klocki było czuć dość mocno 🙂 Dom Śląski po raz drugi lecz już bez zatrzymywania się, odbijamy na czeską stronę. Tuż po minięciu granicy ujrzeliśmy znak zezwalający na jazdę rowerem, więc się ucieszyliśmy i jechaliśmy przed siebie. Wiele metrów nie ujechaliśmy i nagle zrobiło się mglisto. Grzegorz z Pawłem patrzą w Garmina, a tam temperatura ta sama. Definitywnie stwierdzili że jedziemy w chmurach. Nasza radość długo nie trwała, bo widoczność spadła do 5 metrów i zaczął się dość stromy podjazd, a końca widać nie było. I to dosłownie.

fot. Dom Śląski

Jeleni Góra - Kilka ciekawych widoków

Jelenia Góra
Jelenia Góra

Wdrapaliśmy się, a ciekawość nie dawała mi spokoju i zapytałem „Ile było w górę?”. Paweł jakby przygotowany na pytanie rzucił, że 100 m, a nachylenie między 9-15%. Nic dziwnego, że sapałem jak wół. Za nami dopiero 16 kilometrów. W głowie myśli się tłoczyły, że chyba nie dam rady, bo do celu jeszcze 55 km. Widoczność trochę zaczęła się poprawiać i zaczął się zjazd. Więc razem z Pawłem zaczęliśmy zjeżdżać mijając po drodze kilku rowerzystów. Chyba Czesi, bo poubierani elegancko na rower w markowe ciuchy. Metry mijały szybko, a my coraz pewniej i szybciej zjeżdżaliśmy. Mariusz z Grzesiem nie wiele dalej za nami przyjęli pozycje aerodynamiczne żeby się napędzić jeszcze bardziej. No i pyk przeleciałem prosto, a chłopaki skręcili w lewo. A jak się nie zna trasy to gdzie ja się pcham przed szereg. Dogoniłem ich na zjeździe, lecimy równo i nagle gleba. Paweł leży na zakręcie. Ten z rodzaju zdradliwych – zacieśniał się na lewo. Niby łagodnie ale dość ostry. Zapomnieliśmy o porannej mgiełce, która osadziła się na asfalcie, a opona Pawła chciała jechać „swoim śladem”. Dobrze, że miał kilka warstw ubrań i one ucierpiały pierwsze, a dopiero po nich skóra rajdowca.
Chwila na opatrzenie ran, “Samo się zagoi, jedziemy” – rzucił Paweł i pojechaliśmy, ale już z większą ostrożnością.

     Dojechaliśmy do następnej górki jak poinformował Grzegorz. Czas na batona, zdjęcie zbędnych ciuchów i kręcimy. Oczywiście musiałem zrobić kilka zdjęć, pięknych widoków jakie nam się ukazywały co chwila gdy przerzedzały się korony drzew i krzewów przy drodze. Paweł mnie dogonił a Grzesia i Mariusza nie było widać na długiej prostej. Jeszcze kilka fotek i muszę gonić Pawła bo on znał drogę. Kosztowało mnie to sporo energii bo podjazd liczył 6 km i 250 m do góry a w nogach miałem już kilka kilometrów. Zjedliśmy po kanapce i szybkim tempem zaczęła się do nas zbliżać grupka rowerzystów. Jechali jak by ten podjazd nie istniał, a ja straciłem motywację bo nogi lekko dawały o sobie znać. Minęli nas jak ekipa z Kaliski trening na szosie co niedziele na Brzezinach ale szybko dojrzeliśmy, że mają wspomaganie elektryczne…ufff jednak ze mną wszystko ok. Jednemu pechowcowi brakło prądu i musiał targać w górę to kowadło. Bo elektryczny bajk to z 20 kg waży albo i więcej. Nasze nogi jednak też targały podobny ciężar. Każdy zabrał śpiwór, ładowarkę, ręcznik i inne duperele podróżnicze a ja do tego wiozłem kawiarkę, butlę z gazem i palnik bo miałem nadzieje na świeżą kawę na którymś ze szczytów, lecz nie było na to czasu przez całe dwa dni 🙂 No cóż, tak bywa.

Paweł się ubiera a to znak, że będzie zjazd. Był długiii…prawie 8 km szutru, czasami asfaltu. Do tego liczne zakręty i w mgnieniu oka dogoniliśmy e-bajki…i dotarliśmy do Szpindlerowy Młyn. Zjedliśmy obiad (nie ma co o nim gadać, Paweł nie dokończył jeść a 2 razy był w wychodku)
Jelenia Góra
Jelenia Góra

Walka z górami

Temperatura naszych ciał mocno opadła, więc trzeba było się rozgrzać na jakimś podjeździe. Z obiadem w żołądku wiadomo jak się jedzie, a tutaj naszym oczom ukazała się taka ściana że ho ho…8 kilometrów i 680 metrów do góry. W jednym miejscu Paweł mnie uświadomił że było 23% nachylenia (Tam się zatrzymałem bo nie dało się jechać). Strava pokazała 33,9% ale to było pewnie jakieś przekłamanie. Trzymałem się więc info z garmina i pełen podziwu dla siebie, że dałem radę tak długo jechać, przepchnąłem rower 20 metrów i jechałem dalej. Pojawił się asfalt i liczne zakręty a końca podjazdu nie było widać. Metry mijały powoli a kilku rowerzystów minęło mnie jak bym stanął na herbatkę. Wzniesienie równo pięło się ku górze, a garmin pokazywał nie zmiennie 9%. Paweł wystrzelił przed nas. Widać go nie było już po krótkiej chwili.
W połowie podjazdu, jednak jego nogi skapitulowały i razem z Mariuszem minęliśmy Pawła. Walczyliśmy z podjazdem z całych sił, lecz on jakby z większą łatwością kręcił korbą. Z każdym metrem odjeżdżał mi kilka centymetrów, a ja kręciłem swoje, aby mieć siły do końca dnia.

Na szczycie dojechaliśmy do Vbratowej Boudy. Kawałek dalej naszym oczom okazały się bunkry, więc było lepiej niż “zaje…cie” ale chmury skutecznie psuły nam widoki ze szczytu. [fot nr4] Teraz trochę wytchnienia dla nóg i jechaliśmy granią nie tracąc wysokości. Szybki i krótki zjazd a Grzesiu mówi „teraz w lewo na kamienie”. Musielibyście widzieć mój uśmiech na twarzy gdy przez ostatnie 50 km większość drogi to były podjazdy i zjazdy. Raz asfaltowe a czasami szutrowe. Krzyknąłem żeby chłopaki mnie przepuścili i śmigałem w swoim żywiole. Zawieszenie maestro w moim Giancie w końcu zaczęło pracować, kamienie połykałem niczym płaski asfalt i nagle leżę. Co się stało?! Rynna do odprowadzania wody szła w poprzek drogi i okazała się za szeroka na moje 26 calowe koło i się zaklinowało. Obejrzałem się za siebie. Nikt nic nie wiedział. Szybko się pozbierałem i jadę dalej. Patrzę ławeczka, więc siadam i czekam na resztę jednocześnie oglądając rower czy nie ucierpiał. Pech torba sea to summit rozdarta w dwóch miejscach. Kamienie były ostrzejsze niż się wydawało, ale to nic. Zamówię nową w D5 (mój lokalny sklep, polecam)

      Batonik i kanapka zjedzona. Dojechała ekipa i znowu kilku kilometrowy zjazd. Wyjechaliśmy na krajówkę, więc wiedziałem że zbliżamy się do noclegu. Zaczęło się robić szaro. Zamontowaliśmy lampki, a w moim bukłaku pusto. 2 litry pysznej wody z miodem, cytryną i imbirem się ulotniły. Zrobiliśmy zapasy w sklepie i z Grzegorzem postanowiliśmy zaliczyć ostatni punkt planu pierwszego dnia i wdrapać się na Wielką Kopę. Paweł z Mariuszem odbili na nocleg a my w duecie szukamy jakiejś dzikiej ścieżki. Po kilku próbach i wertowaniu na przemian mapy google, naviki i maps.me z garminem postanowiliśmy wejść pieszym szlakiem. Dotarliśmy do znaku że na szczyt godzina z buta. My z tymi rowerami to pewnie dłużej, ale nie zostawimy ich tutaj na drodze. Fakt było już ciemno i żywej duszy dookoła lecz po przejściu 100 m odpuściliśmy temat na późną godzinę. Wybiła 20:00. Godzina w górę i druga w dół. Stwierdziliśmy że wrócimy tu innym razem. Garmin wybił 2600 m w górę więc pobiłem swój życiowy rekord z maratonu w Jeleniej Górze, który wynosił 2400 m w ciągu 4 godzin i 40 minut ale dystans opiewał na 61 km (było co robić na maratonie).

Zgasiliśmy lampki i podziwialiśmy gwiazdy na niebie. Takiego widoku w mieście nie doświadczymy przy obecnych normach spalania w piecach co się da. Obraliśmy kierunek na nocleg. Ostatnia korekta śladu Grzegorza na garminie, który prowadził pieszym szlakiem. Mi się podobało. Kamienie jak na Ślęży, więc było najsss. Zjazd był krótki i zajął nam kilka minut. W noclegu okazało się że Paweł z Mariuszem też tam zjeżdżali i nie tryskali entuzjazmem jak ja.

Nocleg

Dotarliśmy do schroniska turystycznego U Robaczka. “Każdego gościa czeka tu miłe i ciepłe przyjęcie. Znajdziesz tu coś dla siebie: ciszę i spokój, piękno gór, dalekie wędrówki latem lub białe szaleństwo zimą, mnóstwo szlaków turystycznych i wiele ciekawych miejsc oraz atrakcji”. Kolacja była pierwsza klasa. Pyszna zupa oraz jajecznica na maśle z dodatkiem kiełbasy. Gospodyni była surowa i nie było z nią żartów. Usług kelnerskich nie świadczyła, więc trzeba było ruszyć tyłki po talerze i herbatę a po skończonym posiłku wszystko odnieść. Wypiliśmy po dwa piwka, powspominaliśmy trudy tego dnia i grzecznie poszliśmy spać. Jutro kolejny dzień walki z górami. Tym razem już niższymi partiami.

Sprzęt którego używam na wyjazdach: